niedziela, 15 maja 2016

Do miłego :D




Witajcie! Dodaję ten post, aby poinformować o zawieszeniu bloga. Co prawda nigdy nie narzucałam sobie terminów, ani nie pisałam tu na przymus, dla tego teraz też nie będę. Wena zrobiła sobie wakacje, a u mnie w szkole jest coraz więcej testów, co nie daje mi czasu na pisanie. :)

Jeśli ktokolwiek to przeczyta, to ma moje specjalne podziękowania za to, że chociaż wszedł (Nawet jeśli zrobił to przypadkiem :D)



piątek, 26 lutego 2016

Rozdział 11

-Jak to ukradła ci pieniądze?!- oburzyłam się, patrząc na Kena.
-No właściwie to przewróciły mnie na podłogę a potem zabrały to co miałem w portfelu... Powiedziały, że dziś wolą jeść w restauracji, nie w stołówce.- chłopiec patrzył pod nogi, cały zarumieniony, jak by to była jego wina, że ktoś go okradł.
-Grrr... Wredne żmije. Ile ci zabrały? Nie mam kasy, ale jak będziesz głodny to mogę się z tobą podzielić drugim śniadaniem. Mam ciastka!- mrugnęłam do niego zachęcająco, a ten uśmiechnął się z wdzięcznością, czerwony jak piwonia.- Teraz cię przepraszam, muszę się rozmówić z głównym gospodarzem...
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do pokoju gospodarzy. Szarpnęłam zdenerwowana za klamkę i weszłam, zamykając za sobą drzwi. Nataniel przeniósł wzrok z papierów porozkładanych na biurku na mnie. W pomieszczeniu byliśmy tylko my.
-Przepraszam cię Ana, ale czy mogła byś przyjść później? To nie jest naj...
-Nie!- przerwałam mu stanowczo.- Posłuchasz mnie TERAZ.- popatrzył na mnie zszokowany moją zmianą charakteru.
-A więc mów...- rozłożył ręce, poddając się.
-Zrób coś ze swoją siostrą, bo nie wytrzymam. Zachowuje się jak dryblas z podstawówki. Na miłość boską, ona jest już w liceum!!!- zacisnęłam zęby, żeby nie zacząć wrzeszczeć jeszcze głośniej.
-Przykro mi, ale nie wiem o co ci chodzi.- zakłopotanie Nataniela w tamtej chwili mnie rozbawiło.
-Jakiś tydzień temu porozrzucała po szkole moje zdjęcia z dorysowanymi wąsami i tak dalej. Stwierdziłam, że nie będę ci tym zawracać głowy, ale dzisiaj przebrała się miarka. Na tej przerwie razem z koleżankami okradła Kena. Jeśli jeszcze raz zrobi przykrość chociaż jednemu z moich przyjaciół, to obiecuję ci, że zrobię wszystko, by ją zawiesili.- ostrzegłam. Chłopak wyglądał na zdenerwowanego.
-Rozumiem, że masz jakieś na to dowody? Złapałaś ją za ręką, kiedy wyjmowała portfel z kieszeni twojego przyjaciela? A może masz zdjęcia?!- podniósł się i wyszedł zza biurka.
-N-nie... Ja...- zająknęłam się.
-W takim razie nie wiem skąd ci przyszło do głowy, że możesz mi grozić.- Stanął przede mną, wysoki jak drzewo i nagle obleciał mnie strach.
-Nie groziłam ci, tylko stwierdziłam fakt. Jesteś zaślepiony swoją braterską miłością, ale tak w cale jej nie pomożesz! Rozumiem co czujesz, bo gdyby ktoś mi powiedział, że Lys wyprawia takie rzeczy, to też bym nie uwierzyła, ale ja jestem twoją przyjaciółką i nie mam powodu by kłamać.- stwierdziłam patrząc mu prosto w oczy, mimo, że nogi mi się trzęsły. Czułam się tak potwornie bezsilna w tej sytuacji... Zacisnęłam zęby na wardze, chyba trochę za mocno, bo poczułam w ustach metaliczny posmak krwi. Nat przetarł oczy ze zmęczeniem.
-Dobrze... Przyjrzę jej się i sprawdzę, co da się zrobić.- położył mi rękę na ramieniu.- W każdym razie cieszę się, że uważasz mnie za przyjaciela- uśmiech który mi posłał był pełen ufności. Spojrzałam mu przez ramię.
-Nad czym pracujesz?- spróbowałam zmienić temat.
-Hmmm...? A, próbuję uporządkować karty zdrowia. Potem będę musiał je zanieść pielęgniarce... Chyba zapowiada się kontrola.-wrócił do kart.
-Pomóc ci?- zaproponowałam.- Przyrzekam solennie, że znam całe abecadło.- położyłam rękę na sercu.
-Oh... Nie wątpię.- roześmiał się serdecznie.- W takim razie możesz wziąć klasę A, B i C...- podsunął mi trzy kupki, a sam zajął się klasą D.- Pamiętaj, żeby oddzielić tych co noszą okulary.- przypomniał.
-Tak jest szefie!- zasalutowałam mimochodem, pogrążona w swojej pracy. Razem uwinęliśmy się z tym w jakieś 10 minut.
-Haha...Szybko poszło! Nie mogę uwierzyć, że to cała szkoła!- zaśmiał się gospodarz.
-No wiesz... W kupie raźniej.- zauważyłam, po czym pod nosem dodałam jeszcze- w kupie cieplej, w kupie śmierdzi...- Nataniel to chyba jednak usłyszał, bo parsknął śmiechem, ukrywając twarz w dłoniach.
-Nie wytrzymam z tobą... Pomożesz mi to zanieść?- zapytał z oczami dalej roześmianymi jak u chłopca. Lubiłam go takiego.
-Pewnie!- zebrałam do kupy klasy, które układałam, a chłopak wziął cztery kolejne i ruszyliśmy.
-Dzięki Ana... Gdyby nie ty, musiał bym się zabrać na dwa razy.- wybełkotał główny gospodarz z twarzą ukrytą za stosem dokumentów.
-Albo poszukać dużego pudła... Bardzo dużego.- zauważyłam błyskotliwie
-Hahaha... Powinienem sobie gdzieś zapisywać te twoje mądrości...
-No i poprawnie młody padawanie.- próbowałam przybrać wyniosły ton, ale nie specjalnie mi to wyszło. Do higienistki weszliśmy roześmiani, a ja prawie upuściłam trzymane karty.
-O! Widzę, że już jesteś Natanielu. Bardzo ci dziękuję.- Uśmiechnięta starsza kobieta z nienaturalnie rozjaśnionymi włosami spojrzała na nas bystro.- Kim jest twoja koleżanka? Nie było cię tu jeszcze skarbie, prawda?- ostatnie zdanie wypowiedziała bezpośrednio do mnie.
-To Anabelle. Pomagała mi uporządkować to wszystko.- odłożyliśmy dokumenty na kozetkę i pożegnaliśmy się z kobietą, po czym udaliśmy do klasy. Przyszliśmy idealnie, bo pan Frazowski akurat otwierał salę.
***
Opadłam na krzesło obok Rozali. Uśmiechnęła się do mnie, przerywając sms-owanie pod ławką z moim bratem.
-Znowu przeszkadzasz Leo w prowadzeniu sklepu?- rzuciłam żartobliwie. Nadęła policzki.
-To zabawne... Lys jakieś pięć minut temu powiedział mi to samo. Jest wręcz odwrotnie! Właśnie doradzałam mu w sprawie nowej kolekcji!- wyglądała na zdenerwowaną. Uszczypnęłam ją w ramię.
-Auć! Za co to było?!- spojrzała na mnie z wyrzutem.
-Spokojnie. Wiesz, że i tak wszyscy cię kochamy!- zapewniłam ją. Roza wypuściła powoli powietrze.
-Wiem... Przepraszam. Jestem trochę niespokojna. Mam wrażenie, że twój brat nie tratuje mnie poważnie.- wyżaliła się. Zdziwiłam się. Leo może nie był zbyt wylewny w okazywaniu uczuć, ale to po prostu nie w jego stylu, a jasno i wyraźnie widziałam jak bardzo mu na niej zależy.
-Roza, kochanie... Leo nie jest TEGO typu chłopakiem. Jeśli jest z tobą, to tylko dla tego, że mu na tobie zależy.- oznajmiłam z pewnością.
-T-tak... Pewnie masz rację.- potaknęła i zaczęła słuchać nauczyciela. Zapisałam temat lekcji i postanowiłam wziąć z niej przykład.
***
Kiedy zadzwonił dzwonek wstałam i przeciągnęłam się z zadowoleniem. To była jedna z najnudniejszych lekcji na jakich byłam! Rozalia wrzuciła wszystkie swoje książki do plecaka i wybiegła z sali. Sama też zaczęłam zbierać rzeczy. Miałam już wychodzić ze szkoły, kiedy usłyszałam, że ktoś mnie woła. Odwróciłam się, szukając źródła dźwięku. Zobaczyłam Nataniela, który wychylał się z pokoju gospodarzy. Podeszłam do niego.
-Cześć. Co tam?- przywitałam się.
-Hej. Widzieliśmy się już.- zauważył- W każdym razie mam do ciebie prośbę. Poprosiła byś Kastiela, żeby podpisał to usprawiedliwienie? Szczerze powiedziawszy, im rzadziej go widzę, tym lepiej...
-Hah... Lepiej tego nie mogłeś ująć.- uśmiechnęłam się- Nie lepiej było by jednak poprosić o to Irys? Wydaje mi się, że dobrze się dogadują, a nie mam pewności czy posłucha akurat mnie.
-Oh dziewczyno, spostrzegawczością to ty akurat nie grzeszysz, prawda?- zapytał rozbawiony. Uniosłam brwi, nie bardzo wiedząc co na to odpowiedzieć.- Jestem pewien, że się zgodzi.
-Skoro tak mówisz...- odebrałam od niego usprawiedliwienie.- Ale on na pewno jest w szkole?
-Ta... Klub koszykówki ma dzisiaj zajęcia.
Pokiwałam niepewnie głową i udałam się na spotkanie ze smokiem.
_________________________________________________________________
Skończyłam! Żegnaj świecie! Wypaliłam już chyba wszystkie moje szare komórki...
To dziwne, że w ogóle jakieś miałam. LeL :D

czwartek, 7 stycznia 2016

Rozdział 10

-...na... ana...Ana! Ana! Wstawaj bo się spóźnisz!- powoli budziłam się z czegoś co w moim przypadku mogło być snem zimowym. Otworzyłam niemrawo jedno oko i zaraz je zamknęłam.
-Lyyys... Jeszcze pięć minut!- wyjęczałam, zakrywając twarz poduszką.
-Kochanie ty moje...- zaczął z przekąsem.- Jeśli zaraz nie wstaniesz, to się spóźnimy.
-Jeszcze pięć minut, a potem się szybko ubiorę.- obiecałam.
-Ana! Dość tego.- ściągnął ze mnie kołdrę, przez co pod wpływam zimnego powietrza zwinęłam się w kłębek. Spróbowałam odzyskać swoją własność, ale Lusia był nieugięty. Wstałam z łóżka z miną męczennika i powlokłam się do łazienki. Przemyłam twarz zimną wodą i bardzo starannie zignorowałam moje odbicie, którego można by się przestraszyć. Niemrawo wyszczotkowałam zęby i uczesałam włosy, po czym wyszłam do salonu. Wzięłam z blatu miskę z budyniem, którą wcześniej przygotował dla mnie Leo, owinęłam się kocykiem i usiadłam przed telewizorem, spokojnie konsumując i oglądając Animal Planet.
-Anabelle Marianno Clarc?! Czy nie mówiłem ci, żebyś się pospieszyła?!- odwróciłam głowę w stronę kuchni, gdzie stał mój brat z założonymi rękami i miną rodzica bardzo przekornego dziecka.
-A-ale... Ale Bu-dyń...- odpowiedziałam tonem dziecka.
-Nie pieść się, tylko idź przebrać z piżamy.- warknął, powoli tracąc cierpliwość. Nie widząc innego wyboru spełniłam jego rozkaz. Naciągnęłam na siebie granatową koszulę i jeansowe spodnie. Podczas eskapady w celu znalezienia skarpetek udało mi się nawet stłuc kolano, a skarpetek jak nie było, tak nie ma. W końcu zrezygnowana założyłam jedną zieloną, jedną czarną.
Jak ja nienawidzę poranków!
-Ana? Gotowa?- przez uchylone drzwi do pokoju zerkała Rozalia.
-Tak. Już idę.- Porwałam torbę z krzesła i dołączyłam do przyjaciółki i braci w przedpokoju.
-Spałaś tutaj?- spojrzałam pytająco na Rozalię. Nie widziałam jej wczoraj wieczorem, więc albo przyszła bardzo późno, albo siedziała z Leo w jego pokoju. Dziewczyna zarumieniła się po końce uszu i pokręciła szybko głową.
-Nie! Leo przyjechał po mnie rano, żeby mnie odwieźć do szkoły.- pokiwałam spokojnie głową. Pojawienie się Rozy nagle nabrało sensu. Wciągnęłam buty na nogi i założyłam płaszcz.
-Czapka na głowę.- upomniał mnie Lys. Niechętnie, ale wzięłam również i to wełniane narzędzie tortur. Wszelkie nakrycia głowy od zawsze mnie irytowały, a do tego miałam straszny tik przez który marszczyłam czoło, kiedy tylko miałam je na sobie.

***

-Gdzie mamy pierwszą lekcję?- zapytałam kiedy weszliśmy do szkoły, jednocześnie się przeciągając.
-Matematyka.- odpowiedziała Roza, wskazując salę, pod którą zebrało się już trochę osób z naszej klasy. Zauważyłam Kentina, który siedział zagubiony, z dala od wszystkich. Odważyłam się do niego podejść. Usiadłam obok, a ten przestraszony poderwał głowę i pisnął jak szczenię.
-Ach... To tylko ty.- zarumienił się i spuścił wzrok.
-"Tylko"?- uniosłam brwi z uśmiechem na ustach.
-No... To znaczy... Nie o to mi chodziło... Ja chciałem...- zaczął plątać się w wypowiedzi, żywiołowo przy tym gestykulując.
-Spokojnie! Tylko żartowałam.- położyłam mu rękę na ramieniu.- A teraz powiedz, czego się tak przestraszyłeś?
- Chłopaka z czerwonymi włosami. Wczoraj w parku myślałem, że mnie zabije!
-Wczoraj w parku? Czemu miał by cię zabić?- zdziwiłam się, a on znów zrobił się cały czerwony.
-Ja... To znaczy... Było ciemno, a on był bardzo zdenerwowany, a ja potknąłem się i na niego wpadłem. Zaczął na mnie wrzeszczeć i się wystraszyłem, po czym uciekłem.- zawstydził się i odwrócił wzrok.
-Hmm... A jak on dokładnie wyglądał?- zapytałam zaciekawiona.
-No, właściwie było ciemno, ale wiem, że ma czerwone włosy i chodzi w czarnej kurtce.- uśmiechnęłam się rozbawiona, ponieważ domyślałam się, o kim mówi. To znaczy nie jeden chłopak ma czerwone włosy, jednak coś mi mówiło, że to był Kastiel.
-No i dzisiaj się dowiedziałem, że on chodzi do tej szkoły! I to jeszcze do naszej klasy! Jak to się mogło stać, że wcześniej go nie widziałem?!
-Spokojnie. Kastiel nie jest taki groźny na jakiego wygląda, chociaż pewnie by się wkurzył, gdyby usłyszał, że tak o nim mówię.
-To lepiej nie mów! Nie chcę, żeby coś ci się stało!- spanikowany rozejrzał się dookoła i odetchnął z ulgą, kiedy nie dostrzegł wśród zebranych czerwonej czupryny. Roześmiałam się w głos, przyciągając przypadkiem uwagę bliżej stojących. Zarumieniłam się przez to i spuściłam głowę.
-A właśnie! Zapisałeś się już do klubu?- zapytałam zaciekawiona.
-Tak. Do klubu ogrodników. Nie znam się co prawda na roślinach, ale myślę, że to będzie ciekawe poznać język kwiatów...
-Jesteś uroczy...- stwierdziłam. Przyjemnie było słuchać jak mówi o czymś z takim zapałem, że aż błyszczą mu oczy. Zarumienił się i spuścił głowę. Zapanowała między nami niezręczna cisza i już miałam sprostować, że to nie o to chodziło, jednak zadzwonił dzwonek. Podniosłam się z ławki i spojrzałam na Kentina z nowym pomysłem.
-Usiądziesz ze mną?- zapytałam z uśmiechem, pełna nadzieji na to, że się zgodzi.
-Miałam wrażenie, że przez chwilę bardzo chciał odmówić, jednak pokiwał głową.
-Pewnie. Tylko daleko od ławki tamtego chłopaka...- poprosił.
-Okej! Usiądziemy w pierwszej.


______________________________________________________________________
Tym razem szybciej niż zwykle, co w moim mniemaniu jest niezłym wyczynem. Usiadłam do tego rozdziału bez żadnego pomysłu, a wyszedł dłuższy niż inne. To ciekawe, prawda? :D

Teraz muszę uciekać, bo brat robi jajecznicę. Morze się załapię? *świecą jej się oczy*

piątek, 1 stycznia 2016

Rozdział 9

-...sala 14... sala 14... cholercia, gdzie ta sala się podziała?- bredziłam pod nosem, chodząc jak pomylona pomiędzy salą 13 a 15 i poważnie zastanawiałam się nad wbiegnięciem w ścianę. Nie zrobiłam tego jednak, trzymając się kurczowo logicznego faktu- Nie byłam w Hogwarcie. Za 11 minut w tej właśnie sali miały się rozpocząć zajęcia, a ja, sierota jak na złość zgubiłam Lysandra.
-Gdzie ta sala, do diabła?!- denerwowałam się, stukając pięścią w ścianę, w nadziei, że znajdę jakieś ukryte wejście. Usłyszałam za sobą donośny śmiech.
-Co ty wyprawiasz, kurduplu?- zapytał Kastiel, podchodząc i mierzwiąc mi włosy.
-Sam jesteś kurdupel.- fuknęłam i odwróciłam się w jego stronę.- Szukam sali 14. Wiesz gdzie to jest?- strzepnęłam jego rękę, którą dalej trzymała na moich włosach.
-Może wiem. A co będę miał, jeśli powiem ci, gdzie to jest?- poruszył zabawnie brwiami, ale w tamtym momencie nie było mi do śmiechu. Nie znosiłam się spóźniać.
-Moją dozgonną wdzięczność.- wycedziłam przez zaciśnięte zęby i przywaliłam mu z całej siły łokciem w żebra. W końcu i tak mała szansa, że poczuł cokolwiek, a mnie od razu zrobiło się weselej.
-O ty brutalu!- jęknął teatralnie.
-Popracuj nad grą aktorską.- prychnęłam i znów zaczęłam się rozglądać.
-No już! Nie złość się, łobuzie. Sala 14 jest na dole, na tyłach sali gimnastycznej.- pstryknął mnie w czoło.
-Ałć.- powiedziałam z wyrzutem.
-Jesteśmy kwita.- uśmiechnął się rozbrajająco i popchnął mnie delikatnie.- Leć bo się spóźnisz.
-Martwisz się o moją reputację? Jakie to wzruszające...
-Raczej o życie Lysandra.Wiem co znaczy wkurzona baba w domu...- puścił mi oczko i poszedł w drugą stronę. Nie widząc innego wyjścia, zbiegłam na dół. Kiedy miałam już otwierać drzwi od sali, pojawił się w nich Lys.
-Już miałem iść cię szukać.- uśmiechnęłam się szeroko, widząc jego zdziwioną minę.
-Niepotrzebnie. Pewien uroczy, czerwonowłosy gnom pokazał mi drogę.
-Doprawdy?- uniósł brwi a na jego twarzy pojawił się pobłażliwy uśmiech.- A mówił ci ktoś kiedyś, że za dużo czytasz?
-Mówiłam o Kastielu.- wybąkałam zdezorientowana. Myślałam, że pojmie aluzję...
-Domyśliłem się.- westchnął i zrobił krok w bok, dając mi wejść do klasy. Siedziały tam 3 osoby, z których znałam tylko Iris.
-Joup.- chłopak o zielonych włosach zaplecionych w warkocz znalazł się przede mną. Miał na sobie rozpiętą,czarną, skórzaną kurtkę, ze wzorkiem szachownicy na rękawach, a pod spodem żółto-czerwony podkoszulek z nadrukiem jakiegoś zespołu i zwykłe jeansowe spodnie. Moją uwagę przykuł jednak misternie wykonany kolczyk, przedstawiający smoka.
-Cz-cześć...- wystękałam, zakłopotana. Widząc moją reakcję chłopak odsunął się kawałek, dając mi chwilę na odetchnięcie.- J-jestem Ana. Siostra bliźniaczka Lysandra.
-Rozluźnij się trochę, moja droga.- poradziła mi niebieskooka piękność, poprawiając swoje jasno różowe włosy.- My nie gryziemy. Ja nazywam się Miyuki, a ten niewychowany oszołom to Kuroko.
-Miło mi.- uśmiechnęłam się niepewnie.
-Ana, pomożesz mi z gitarą? Jest na zapleczu.- zaproponowała dobrodusznie Iris. Poszłyśmy tam razem, mimo, że do strojenia potrzebna jest tylko jedna osoba.
-Spokojne. Oni są niegroźni.- uspokoiła mnie.
-Mów za siebie- dobiegł nas podniesiony głos dziewczyny, która przedstawiła się jako Miyuki. Mimowolnie się roześmiałam, co w moim odczuciu już definitywnie rozluźniło atmosferę. Kiedy wzięłam się za instrument do pokoju weszła reszta członków klubu. Pociągałam za struny, co jakiś czas majstrując przy główce.
-Znam tą piosenkę!- ucieszył się Kuroko i zaczął ją śpiewać, chwilę puźniej dołączyła do niego Miyuki, potem Irys, a na końcu nawet Lys. Może nie byliśmy najlepszym zespołem na świecie, jednak fajnie było tak sobie śpiewać przy dźwiękach gitary. Przy ostatniej zwrotce fałszowaliśmy już na wyścigi, pokładając się ze śmiechu.
-Mój boże co tu się dzieje?- wykrzyknął spanikowany pan Borys, wpadając na zaplecze, jak by go gonił sam czart. Widząc, że wszystko jest w jak najlepszym pożądku, a piątka uczniów patrzy na niego jak na wariata troczę się uspokoił i prupował wytłumaczyć, z każdym słowem czerwieniąc coraz bardziej.
-Bo ja... To znaczy... Myślałem, że... No, że kota tu obdzierają ze skóry...- przestępował zażenowany z nogi na nogę.- Przepraszam.- wycofał się tyłem, zostawiając nas oniemiałych.
-Chyba trochę przesadziliśmy...- bąknął Lysander, co nas trochę otrzeźwiło i sprawiło, że wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem.
__________________________________________________________________
KABUM! Śmiech, razem z wnętrznościami naszych bohaterów, rozsypał się po kontach i tak oto zakończyła się nasza historia.
Żartuję, żartuję... Oczywiście będę kontynuować (chociaż to było by całkiem ciekawe zakończenie...)
Do następnego! :*

środa, 18 listopada 2015

Rozdział 8



[Tydzień później]
Weszłam do szkoły, gdzie od razu zaczepił mnie Nathaniel.
-O, Anabelle! Wreszcie cię znalazłem! Przebiegłem chyba całą szkołę!- wydyszał blondyn.
-Przepraszam. Dopiero przyszłam.- zarumieniłam się delikatnie.
-Nie masz za co przepraszać- posłał mi uspokajający uśmiech.- Po prostu nie lubię mieć niedopełnionych formalności, a przez to, że ostatnio byłem strasznie zabiegany, zapomniałem o twoim przeniesieniu.- wyprostował się i poprawił krawat.
-Wydaje mi się, że oddałam wszystkie formularze...- zaczęłam gorączkowo przegrzebywać plecak w poszukiwaniu dokumentów, o których ewentualnie mogła bym zapomnieć.
-Nie, nie. Spokojnie.- powstrzymał mnie machnięciem ręki.- Chodzi o szkolne kluby. Dyrektorka twierdzi, że to powinno pomóc ci się zaaklimatyzować. W tej chwili są wolne miejsca w klubie ogrodniczym i koszykarskim...- spojrzał na swoje notatki zamyślony. Trochę się zakłopotałam.
-Emmm... A nie mogła bym zapisać do klubu muzycznego? Bo widzisz... Uczęszcza tam mój brat.
-Skoro tak stawiasz sprawę, to porozmawiam z dyrektorką.- przygryzł w zamyśleniu końcówkę ołówka.- Myślę, że jeden członek nie zrobi aż tak wielkiego kłopotu. Mimo wszystko był bym ci wdzięczny, gdybyś zastanowiła się nad jednym z dostępnych.
-Tak, tylko właśnie chodzi o to...- opuściłam głowę, cała czerwona ze wstydu i wybąkałam.- Mam alergię na pyłki i bardzo szybko się męczę. Nie nadaję się tam.- byłam pod wielkim wrażeniem tego, że zrozumiał moją paplaninę, pomimo tego, że powiedziałam do strasznie cicho i na jednym wydechu.
-No dobra. W takim razie nie mam wyjścia. Poinformuję cię o decyzji dyrekcji.- uśmiechnął się pocieszająco. Odpowiedziałam uśmiechem, pożegnałam się z nim i udałam do szafki. Miałam złe przeczucia już kiedy wpisywałam szyfr do zamka. Otworzyłam szafkę i wtedy wypadło na mnie z dwadzieścia ulotek z moim zdjęciem do którego dorysowane były wąsy i wyjątkowo bujna broda. W moich oczach pojawiły się łzy, a w brzuchu poczułam dziwny ucisk. "Nie mogę teraz wybuchnąć. Nie mogę..." powtarzałam sobie, zbierając kartki z ziemi... Wtedy przede mną pojawiła się blondwłosa piękność ze swoimi przyjaciółkami. Spojrzała na mnie z wyższością. Miałam wrażenie, że jednak nie wytrzymam.
-Urocze zdjęcia księżniczko. Można powiedzieć, że nie jesteś fotogeniczna...- zaśmiała się z własnego żartu.- Chcesz jeszcze jedno? Częstuj się, mamy ich wiele.- rzuciła we mnie stertą kartek, które porozrzucały się po korytarzu. Dookoła nas zebrała się spora grupa gapiów. Opuściłam głowę i w końcu wybuchnęłam śmiechem(obrazek<3). Z moich oczu pociekły łzy rozbawienia i nie mogłam złapać oddechu. Na serio? Kto jeszcze robi takie przechodzone żarty? Co będzie następne? Szyszka w herbacie, a może schowa mi buty w szatni?
-Co jest? Padło ci już na mózg?- sarknęła blondynka.
-Niespecjalnie.- zebrałam kartki, ocierając łzy.- Nie uważasz, że to trochę dziecinne? No bo wiesz... Dorysowywanie wąsów było modne u mnie w przedszkolu.- wyjaśniłam spokojnie. Dziewczyna na to prychnęła i odeszła obrażona, kołysząc biodrami. Wrzuciłam plik kartek do torby z mocnym postanowieniem,że oddam wszystko na makulaturę.
-To było fajne.- odwróciłam się do Violetty, która uśmiechała się do mnie delikatnie.- Mnie pewnie było by smutno.- wyznała i podeszła bliżej.
-Nie wszyscy muszą mnie lubić- wzruszyłam ramionami.- Ważne, że mam ciebie, Iris i Rozę.- posłałam jej uśmiech. Wyciągnęłam z szafki książki na Historię i udałyśmy się do klasy.
-Cześć!- pomachałam Rozalii prze oczami. Była najwyraźniej dość zamyślona.
-O! Cześć! Wiecie kto to ten mały, który kręci się pod naszą salą? Chyba pójdę zapytać Peggy...- odwróciłam się i spojrzałam na chłopaka w okrągłych okularach.
-To Kentin.- stwierdziłam zdziwiona.- Chodził ze mną do klasy. Ale co on tu robi?- zastanawiałam się głośno.
-A więc ty go znasz?- zapytała Iris.
-Yhm... Był moim sąsiadem, kiedy jeszcze mieszkałam na farmie dziadków.
-To idź się przywitać! Wygląda na miłego.- zachęcała rudowłosa. Kiwnęłam głową i podeszłam do zdenerwowanego chłopaka.
-Cześć Kentin!- uśmiechnęłam się- Co tu robisz? Przeniosłeś się?- zagadnęłam.
-O Ana!- zdziwiony przetarł okulary chusteczką.- A więc to tu się przeniosłaś. Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedyś cię zobaczę.- zarumienił się.- Do której chodzisz klasy?
-Jestem w pierwszej A. A ty?- nagle jego oczy zalśniły.
-Ja też! Jak fajnie będzie mieć kogoś znajomego!- roześmiałam się szczerze.
-Masz rację. Ja przez parę pierwszych dni też nie mogłam się odnaleźć, ale mam tu brata i Rozalię.
-Rozalię?- posłał mi zdziwione spojrzenie. No tak! Jak mogłam zapomnieć, że on jej nie zna?
-Rozalia to dziewczyna mojego drugiego brata- Leo.- wyjaśniłam pośpiesznie.
-Acha... Powiedzmy, że rozumiem. Wiesz może gdzie jest...- dalszą część zdania zagłuszył dzwonek.
-Chodź, bo jak się spóźnimy, to profesor nas zabije...- złapałam go za rękę i pociągnęłam w stronę klasy. Mam wrażenie, że był strasznie zdenerwowany pierwszą lekcją, bo zrobił się wtedy cały czerwony. Lekcja upłynęła bardzo spokojnie. Bardzo możliwe, że dla tego, że Kastiel znowu się urwał i nie miał kto przeszkadzać nauczycielowi. Znudzona notowałam najważniejsze fragmenty wykładu i co chwila uciekałam myślami do świata marzeń, w którym mogłam latać na smokach, albo bronić świata przed armią zombi. Mówiłam już, że za dużo czytam? Kiedy zadzwonił dzwonek niemrawo spakowałam wszystkie książki i ruszyłam pod następną salę, by przeżyć kolejną, równie fascynującą, lekcję polskiego. Dopiero kiedy zadzwonił ostatni dzwonek ożywiłam się trochę. Szybkim krokiem przemierzyłam korytarz i weszłam do pokoju gospodarzy. Był tam już oczywiście Nataniel, jednak nie sam. Rozmawiał z piękną blondynką, która wcześniej porozsypywała moje zdjęcia po korytarzu.
-Amber! Tyle razy ci mówiłem, że wchodzenie do pokoju gospodarzy bez wyraźnego pozwolenia, zwłaszcza gdy jest pusty jest surowo zakazane!- Pierwszy raz widziałam naszego głównego gospodarza tak wkurzonego. Odchrząknęłam nieśmiało, dając znać, że weszłam.
-O! Cześć. Przepraszam cię, nie miałem czasu spotkać się z dyrektorką.- wyglądał na naprawdę skruszonego.
-Nic nie szkodzi.- uśmiechnęłam się, a kiedy chciałam wyjść zatrzymał mnie jego chłopięcy głos.
-Ach! Ale ze mnie niezdara. Nie przedstawiłem was sobie!- spojrzałam na niego zdziwiona.- Ana, to jest Amber, moja siostra. Amber, to jest...- nie dokończył, bo przerwała mu blondynka.
-My się już znamy. Nie kłopocz się Nat,- warknęła.
-Ta... Można tak powiedzieć.- odpowiedziałam, pomachałam zdezorientowanemu Natanielowi i wyszłam. Pobiegłam do szafki, zabrać książki potrzebne do odrobienia lekcji, po czym spacerkiem wróciłam do domu. Leo siedział na kanapie w salonie.
-Hej!- Krzyknęłam do niego, zostawiając buty i kurtkę w przedpokoju.
-Już jesteś. Jak tam w szkole?- zapytał.
-Nic ciekawego. Jak zwykle.- rzuciłam torbę na podłogę i rozłożyłam się obok brata.- Gdzie Lys?
-U Kastiela. Pracują nad jakimś projektem... Albo coś.- roześmiałam się.
-Jako nasz opiekun chyba powinieneś to wiedzieć, nie?
__________________________________________________________________
Zakończyłam! *wstaje od komputera z głośnym rykiem, niczym zombi wracające zza grobu*


piątek, 23 października 2015

Rozdział 7

Telefon rozdzwonił się w mojej kieszeni. Poderwałam się z łóżka i podchodząc do okna wyciągnęłam go i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
-Halo? Kto tam?- dałam znać, że odebrałam. Na komórce wyświetlał się nieznany numer.
-Demon... Ja...- usłyszałam załamujący się głos Kastiela. Nie musiał dwa razy powtarzać.
-Zaraz będę.- ucięłam i zakończyłam połączenie. Zbiegłam na dół, wskoczyłam w buty, porwałam z wieszaka kurtkę i już byłam na zewnątrz. Szczerze powiedziawszy to było moje najszybsze wyjście z domu. Kto wie, może pobiłam przy tym jakiś rekord Guinessa?

***
 Nie...nienienienienienie... Z mojego gardła wyrwał się cichy szloch. Pod blokiem Kastiela stał biały furgon, a dwójka sanitariuszy pakowała jakieś dziwne maszyny do auta. Rozpoznałam te maszyny. Jeszcze niecałe dwa dni temu Demon był do nich podpięty. Po mojej głowie tłukły się najgorsze myśli. Pięć dni temu Demonowi zaczęło się pogarszać. Coraz częściej wymiotował i bardzo dużo spał. Czy możliwe, że on... on...? Znów zaszlochałam i przyśpieszyłam kroku. Wbiegłam po schodach, nie mogąc się zdobyć na spokojne czekanie na windę. Pociągnęłam za klamkę. Drzwi były otwarte. W przedpokoju rzuciłam kurtkę w kąt, nie trudząc się nawet szukaniem wieszaka. Weszłam do salonu, gdzie na kanapie leżał Kastiel. Zakrywał oczy przedramieniem i ciężko oddychał, jakby hamując płacz. Przeraziłam się. Nie przywitało mnie radosne popiskiwanie Demona, a samego psa też nie było nigdzie widać.Podeszłam ostrożnie do kanapy, bojąc się nagłej reakcji chłopaka. Położyłam rękę na jego ramieniu, ten jednak się nie poruszył. Usiadłam na podłokietniku i przejechałam dłonią po czerwonych jak wino włosach. Zanim zrobiłam to jeszcze raz odczekałam chwilę, spodziewając się, że Kass poderwie się i fuknie na mnie, że nie jest dzieckiem. Nic takiego się jednak nie stało. Ośmielona brakiem reakcji wplotłam palce w kosmyki i uspokajająco głaskałam. Wydaje mi się, że zostaliśmy tak z pół godziny. Kastiel- najwyraźniej nie mogąc pogodzić się ze stratą przyjaciela. (Nie potrzebowałam zapewnień, że Demon nie żyje. Było to aż nazbyt oczywiste.) I Ja- chcąc dać mu czas do namysłu. Po upływie tego czasu chłopak podniósł się z głośnym westchnieniem.
-Idę się przejść. Możesz tu zostać, bo i tak nie zamykam.- wzruszył ramionami, udając, że wszystko mu obojętne. Nie odpowiedziałam. Zostałam tak chwilę, z opuszczoną głową, słuchając ciężkich kroków w korytarzu. Kiedy drzwi za chłopakiem się zamknęły się drzwi wybudziłam się z tego odrętwienia. Podniosłam się, próbując rozruszać zasiedziane mięśnie nóg. Wyszłam z domu upewniając się, że dobrze domknęłam drzwi i ruszyłam na poszukiwania przyjaciela. Stanęłam pod klatką, zastanawiając się w którą stronę mógł pójść, kiedy usłyszałam głuche uderzanie i szuranie czymś po ziemi. Udałam się w tamtą stronę, zając na uwadze to, że mogę tam nie zastać Kastiela, a na przykład chłopaków załatwiających swoje porachunki. Z bijącym sercem obeszłam blok, i odetchnęłam z ulgą, kiedy spostrzegłam czerwoną czuprynę. Chłopak nie zwrócił na mnie uwagi, tylko dalej z zawziętością, o jaką nawet bym go nie podejrzewała, wyżywał się na pudłach.
-Kastiel, przestań!- krzyknęłam, kiedy stałam już tylko jakieś trzy metry od jego pleców. Zawahał się na chwilę, po czym wrócił do kopania plastikowego kosza na śmieci.
-Przestań. Ten kosz ci nic nie zrobił.- spróbowałam zażartować, ale nie wywołało to w naszej dwójce nawet cienia wesołości.
-W takim razie morze mam się wyżyć na tobie? Masochistyczna suka.- warknął na mnie, nie przerywając dewastacji śmietnika. Zrobiłam krok w tył. Poczułam się, jakby mnie spoliczkował. Chłopak prychnął. Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc po prostu podeszłam i złapałam go za rękę. Dopiero wtedy się zatrzymał. Obeszłam go, żeby móc spojrzeć w oczy. Zobaczyłam w nich ból i niepogodzenie się ze stratą. Zasłonił twarz ręką, po czym zrobił coś zupełnie niespodziewanego. Podszedł i oparł głowę na moim ramieniu, niczym pięciolatek szukający schronienia w ramionach matki.
 Oplotłam jego szyje ramionami i zaczęłam szeptać uspokajająco do ucha.
-Dziękuję.- wykrztusił w zagłębienie w mojej szyi.- Ja... Nie powinienem był tego mówić...
-Ciii... Nic się nie stało.- stwierdziłam i odsunęłam się kawałek, aby przekazać mu, że nie mam żalu. Przyłożyłam dłoń do jego czoła.- Już. To się nigdy nie stało. Zapomnimy o tym, a ponieważ widzieliśmy to tylko my, to będzie to oznaczała, że nic takiego się nie stało.- posłałam mu lekki uśmiech
-Twoje rozumowanie jest co najmniej dziwne.- stwierdził i pierwszy raz dzisiaj przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
***
Weszłam do domu, gdzie czekali już na mnie zdenerwowani bracia. Dopiero w tamtej chwili zdałam sobie sprawę, że nikogo nie poinformowałam gdzie idę, a miałam przecież szlaban.
-Co masz na swoje usprawiedliwienie?- zapytał Leo, po czym uniósł brew. Z całych sił starałam się wesoło uśmiechnąć, tak jak zawsze, i chyba nawet mi się to udało. Jednak na moich braci "chyba" nie wystarcza.
-Co się stało?- Zapytał zatroskany Lys, podnosząc się wolno z krzesła, jakby bał się spłoszyć ptaka. Po moim policzku spłynęła pierwsza z całego potoku łez.

 Uśmiech zmienił się w wyraz bezsilności a ramiona drżały wstrząsane szlochem. Brat podszedł do mnie ostrożnie i przytulił. Ukryta w tym najbezpieczniejszym miejscu na ziemi płakałam tak, aż nie skończyły mi się wszystkie łzy. (Hehe. Niedobór. Poprosimy nową dostawę...) Trochę już spokojniejsza podniosłam głowę i oświadczyłam łamiącym się głosem:
-Demon nie żyje.- Lysandra zamurowało. Leo podszedł do mnie z kubkiem parującej herbaty. Pachniała lekami uspokajającymi, których tam dodał. Pociągnęłam łyk i uśmiechnęłam z wdzięcznością do brata. Poszłam do pokoju, gdzie przebrałam się w piżamę składającą się z wielkiej, porozciąganej koszulki Leo i spodenek. Umyłam twarz i zęby po czym wróciłam do pokoju, gdzie siedział już mój współlokator. Spojrzałam tęsknie na jego łóżko, przypominając sobie te wszystkie razy, kiedy, jeszcze na farmie, spaliśmy razem. Lys uśmiechnął się, najwyraźniej trafnie odczytując moje myśli, po czym poklepał miejsce obok siebie. Z uśmiechem wskoczyłam pod kołdrę.
-Jesteś niemożliwa- stwierdził. Tan noc wyglądała z grubsza tak:

__________________________________________________________________________
No hej!
Trochę się już dzieje... Mam nadzieję, że w tym rozdziale Ana nie zachowuje się jak zimna suka... Muszę przyznać, że założyłam ten blog głównie dla tego, że nie potrafię pisać takich romantycznych i ckliwych scenek. (Zupełnie mi to nie wychodzi... Ech...) Dla tego stwierdziłam, że praktyka czyni mistrza i wyszło takie oto coś. Hehe... Bardzo źle? (Krytyczne komentarze wskazane :P Tylko z płętą poproszę.)

czwartek, 17 września 2015

Rozdział 6


-Jesteśmy.- mówi Lys do domofonu przed blokiem Kastiela.
-Ok.- słychać nieco zniekształcony głos czerwonowłosego, a potem bzyczenie zamka. Otworzyłam drzwi i pobiegłam zawołać windę.
-Nie spiesz się tak Aniołku. Zdążymy.- śmieje się Lysander i szturcha mnie  bok.Nadymam policzki, niczym obrażone dziecko,  po czym wchodzę do windy.
-Które piętro?-spoglądam na Lysa, który znów jest w swoim świecie.
-Siódme...- odpowiada mimochodem. Klikam przycisk, a winda rusza z mocnym szarpnięciem, aż obiad przelewa mi się w żołądku.
-Niena...widz...widzę starych win...d - bąkam, starając się nie zapoznawać nikogo z moim menu.
-Yhm... Zrobiłaś się trochę zielona.- prycha Lysander. Kiedy w końcu drzwi się otwierają wybiegam z tam tond jak oparzona.
-Hehehe...- podnoszę głowę, żeby spojrzeć w oczy właścicielowi tego lekko kpiącego śmiechu.
-Cześć dzieciaku, hej Lys!- Wita się z nami Kastiel i przybija piątkę mojemu bratu.
-Ejejejej...! Żaden dzieciaku! Chciałam ci przypomnieć, że jesteśmy w tej samej klasie!
-Nie wygląda mikrusie.- czerwonowłosy pstryka mnie w nos i wchodzi z powrotem do domu, nakazując nam gestem pójście za nim. Wchodzę z głośnym warknięciem do przytulnego, urządzonego w drewnie przedpokoju, z wielkim lustrem na drzwiach szafy. Moje usta mimowolnie układają się w kształt literki "O". Cóż... Spodziewałam się czegoś bardziej... Ponurego? Tak, zdecydowanie. Nie zdziwiła bym się, gdybym zastała piwnicę bez okien czy jakiegokolwiek dostępu do naturalnego światła. Czarne ściany, meble, podłogi i sufity... Taki mrok everywhere, a tu proszę, jaka miła niespodzianka. Przeszliśmy do salonu, który był epicentrum całego mieszkania. Od kuchni był oddzielony jedynie półścianką, na której przymocowano telewizor. Łazienka znajdowała się od razu przy wejściu, a na przeciwległej ścianie tajemnicze drzwi, które prowadziły najprawdopodobniej do królestwa Kastiela.
Za kanapą, przy ścianie leżał Demon, podpięty do dwóch dziwnych maszyn. Uklęknęłam przed nim i pogładziłam go po pyszczku. "Cześć! Pamiętam cię... Odepniesz mnie od tego szujostwa?" zdają się mówić jego oczy. Uśmiechnęłam się przepraszająco.
- To wszystko z dofinansowania?- pytam, wskazując na maszyny po obu stronach posłania psa.
-Tsa... Zakupili to ludzie z tego programu telewizyjnego. Podobno ze składki widzów... - Kastiel drapie się po karku, lekko zawstydzony.
-Miło z ich strony...- mówię i znów odwracam się do psa. Mój brat i czerwonowłosy udali się do kuchni, a ja usiadłam po turecku, bo nogi zaczęły mnie boleć od klęczenia. Demon uniósł delikatnie łeb i dotknął wilgotnym nosem mojego kolana, jak by chcąc przekazać "No weź... Te rurki są naprawdę denerwujące!".
-Przepraszam, nic nie mogę zrobić. To dla twojego dobra.- szepnęłam, a on zawiedziony opuścił pysk i zamknął oczy, dając wyraźnie do zrozumienia, że ma na ten temat zupełnie inne zdanie.
-Ana, będziesz coś pić?!- krzyknął z kuchni Lys.
-Poproszę herbatę.- odpowiedziałam.
-Ok.- dał znak, że usłyszał, a towarzyszyło temu wymowne "Blee..." drugiego chłopaka. Jak można nie lubić herbaty? Wzruszyłam jednak ramionami i wstałam, z zamiarem udania się do kuchni. Kiedy stałam już w drzwiach moim oczom ukazał się dość niecodzienny widok, a mianowicie Lys przyparty do blatu odchylał się do tyłu, a Kastiel stojąc przed nim, jedną rękę opierał zaraz obok biodra białowłosego, a drugą w zamyśleniu pocierał podbródek. Jego twarz przybrała podejrzliwy wyraz. Zapiszczałam tak głośno, że obydwoje odwrócili się w moją stronę, jednak zdąrzyłam już uciec do salonu.
-O nie nie nie nie nie nie...- zajęczał Lys.
-Co jest?- zdziwił się Kastiel.
-Ona może to zinterpretować... Tylko w jeden sposób,- zerwał się do biegu, i wpadł jak burza do salonu i z furią w oczach rzucił się na mój szkicownik. Zdążyłam jednak uciec i zamknąć się w łazięce.
-Jak ona to morze zinterpretować?- zaczął drążyć czerwonowłosy.
-Zobaczysz... I wątpię, że ci się to spodoba...- wyznał Lysander i z cichym westchnieniem usiadł na kanapie, chwytając za pilota. Przez następną godzinę słychać było tylko prezenterkę w wiadomościach i ciche skandowanie "YA-O-I! YA-O-I!" dobiegające zza zamkniętych drzwi łazienki.

***

Spróbowałam po cichu wyjść z łazienki, jednak kiedy tylko wyściubiłam nos z ukrycia zobaczyłam przed sobą brata, ciskającego z oczu gromy. Uznałam, że wolę się nie narażać i zanim jeszcze poprosił wcisnęłam mu w dłoń szkicownik.
-Tylko nie bij...- położyłam przysłowiowe uszy po sobie i czekałam na reakcję.
-Zobaczę...- westchnął i spojrzał na mój nowy wytwór.
Zacisnęłam powieki, czekając na wybuch złości, jednak poczułam tylko puknięcie w głowę, a potem głośny śmiech Kastiela. Otworzyłam oczy zdezorientowana.

-Trzeba przyznać, młoda ma talent... i wybujałą wyobraźnię.- to ostatnie dodał jak gdyby z naganą. Uśmiechnęłam się delikatnie. - Tylko jeśli jutro po szkole będzie chodzić plotka, że ja i Lys jesteśmy parą, to rzucę cię Demonowi na pożarcie!- zagroził
-Demon mnie nie zje! Prawda piesku?- zapytałam, jednak ten zajęty był gryzieniem jednej z luźno wiszących rurek.- On mnie nie zje.- powtórzyłam z pewnością, tym razem zwracając się do czerwonowłosego.
-Hmmm... Jednak możesz mieć rację... Jesteś zbyt żylasta. Nawet on może cię nie tknąć...Ał! Za co to?- popatrzył zdenerwowany na mojego brata, który właśnie z premedytacją dość mocno nadepnął przyjacielowi na stopę.
-Pamiętaj, że mówisz o mojej siostrze.- przypomniał mu Lysander.
-Dobra, dobra...- chłopak uniósł ręce w pojednawczym geście. Wtedy rozległ się dźwięk domofonu.
-Sprawdzę kto to.- stwierdził nasz gospodarz i zniknął w przedpokoju. Kiedy wrócił, oznajmił nam, że Leo czeka pod klatką i mamy się zbierać. Pożegnaliśmy się z czerwonowłosym i z Demonem, a potem udaliśmy się w powrotną drogę do domu.
_______________________________________________________________
Uporałam się z tym zapomnianym rozdziałem najszybciej jak mogłam, ale jeśli musicie... linczujcie. Wiem, że efekt nie jest zachwycający, że są błędy, problemy w narracji i tak dalej,i tak dalej... *zakłada torbę na głowę i przyczepia do piersi karteczkę z napisem "Kopnij mnie"*
Sayonara towarzysze broni!
Ps.
To ma was przekupić, żebyście jednak mnie nie kopali... Ale o tym ciiii...