piątek, 26 lutego 2016

Rozdział 11

-Jak to ukradła ci pieniądze?!- oburzyłam się, patrząc na Kena.
-No właściwie to przewróciły mnie na podłogę a potem zabrały to co miałem w portfelu... Powiedziały, że dziś wolą jeść w restauracji, nie w stołówce.- chłopiec patrzył pod nogi, cały zarumieniony, jak by to była jego wina, że ktoś go okradł.
-Grrr... Wredne żmije. Ile ci zabrały? Nie mam kasy, ale jak będziesz głodny to mogę się z tobą podzielić drugim śniadaniem. Mam ciastka!- mrugnęłam do niego zachęcająco, a ten uśmiechnął się z wdzięcznością, czerwony jak piwonia.- Teraz cię przepraszam, muszę się rozmówić z głównym gospodarzem...
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do pokoju gospodarzy. Szarpnęłam zdenerwowana za klamkę i weszłam, zamykając za sobą drzwi. Nataniel przeniósł wzrok z papierów porozkładanych na biurku na mnie. W pomieszczeniu byliśmy tylko my.
-Przepraszam cię Ana, ale czy mogła byś przyjść później? To nie jest naj...
-Nie!- przerwałam mu stanowczo.- Posłuchasz mnie TERAZ.- popatrzył na mnie zszokowany moją zmianą charakteru.
-A więc mów...- rozłożył ręce, poddając się.
-Zrób coś ze swoją siostrą, bo nie wytrzymam. Zachowuje się jak dryblas z podstawówki. Na miłość boską, ona jest już w liceum!!!- zacisnęłam zęby, żeby nie zacząć wrzeszczeć jeszcze głośniej.
-Przykro mi, ale nie wiem o co ci chodzi.- zakłopotanie Nataniela w tamtej chwili mnie rozbawiło.
-Jakiś tydzień temu porozrzucała po szkole moje zdjęcia z dorysowanymi wąsami i tak dalej. Stwierdziłam, że nie będę ci tym zawracać głowy, ale dzisiaj przebrała się miarka. Na tej przerwie razem z koleżankami okradła Kena. Jeśli jeszcze raz zrobi przykrość chociaż jednemu z moich przyjaciół, to obiecuję ci, że zrobię wszystko, by ją zawiesili.- ostrzegłam. Chłopak wyglądał na zdenerwowanego.
-Rozumiem, że masz jakieś na to dowody? Złapałaś ją za ręką, kiedy wyjmowała portfel z kieszeni twojego przyjaciela? A może masz zdjęcia?!- podniósł się i wyszedł zza biurka.
-N-nie... Ja...- zająknęłam się.
-W takim razie nie wiem skąd ci przyszło do głowy, że możesz mi grozić.- Stanął przede mną, wysoki jak drzewo i nagle obleciał mnie strach.
-Nie groziłam ci, tylko stwierdziłam fakt. Jesteś zaślepiony swoją braterską miłością, ale tak w cale jej nie pomożesz! Rozumiem co czujesz, bo gdyby ktoś mi powiedział, że Lys wyprawia takie rzeczy, to też bym nie uwierzyła, ale ja jestem twoją przyjaciółką i nie mam powodu by kłamać.- stwierdziłam patrząc mu prosto w oczy, mimo, że nogi mi się trzęsły. Czułam się tak potwornie bezsilna w tej sytuacji... Zacisnęłam zęby na wardze, chyba trochę za mocno, bo poczułam w ustach metaliczny posmak krwi. Nat przetarł oczy ze zmęczeniem.
-Dobrze... Przyjrzę jej się i sprawdzę, co da się zrobić.- położył mi rękę na ramieniu.- W każdym razie cieszę się, że uważasz mnie za przyjaciela- uśmiech który mi posłał był pełen ufności. Spojrzałam mu przez ramię.
-Nad czym pracujesz?- spróbowałam zmienić temat.
-Hmmm...? A, próbuję uporządkować karty zdrowia. Potem będę musiał je zanieść pielęgniarce... Chyba zapowiada się kontrola.-wrócił do kart.
-Pomóc ci?- zaproponowałam.- Przyrzekam solennie, że znam całe abecadło.- położyłam rękę na sercu.
-Oh... Nie wątpię.- roześmiał się serdecznie.- W takim razie możesz wziąć klasę A, B i C...- podsunął mi trzy kupki, a sam zajął się klasą D.- Pamiętaj, żeby oddzielić tych co noszą okulary.- przypomniał.
-Tak jest szefie!- zasalutowałam mimochodem, pogrążona w swojej pracy. Razem uwinęliśmy się z tym w jakieś 10 minut.
-Haha...Szybko poszło! Nie mogę uwierzyć, że to cała szkoła!- zaśmiał się gospodarz.
-No wiesz... W kupie raźniej.- zauważyłam, po czym pod nosem dodałam jeszcze- w kupie cieplej, w kupie śmierdzi...- Nataniel to chyba jednak usłyszał, bo parsknął śmiechem, ukrywając twarz w dłoniach.
-Nie wytrzymam z tobą... Pomożesz mi to zanieść?- zapytał z oczami dalej roześmianymi jak u chłopca. Lubiłam go takiego.
-Pewnie!- zebrałam do kupy klasy, które układałam, a chłopak wziął cztery kolejne i ruszyliśmy.
-Dzięki Ana... Gdyby nie ty, musiał bym się zabrać na dwa razy.- wybełkotał główny gospodarz z twarzą ukrytą za stosem dokumentów.
-Albo poszukać dużego pudła... Bardzo dużego.- zauważyłam błyskotliwie
-Hahaha... Powinienem sobie gdzieś zapisywać te twoje mądrości...
-No i poprawnie młody padawanie.- próbowałam przybrać wyniosły ton, ale nie specjalnie mi to wyszło. Do higienistki weszliśmy roześmiani, a ja prawie upuściłam trzymane karty.
-O! Widzę, że już jesteś Natanielu. Bardzo ci dziękuję.- Uśmiechnięta starsza kobieta z nienaturalnie rozjaśnionymi włosami spojrzała na nas bystro.- Kim jest twoja koleżanka? Nie było cię tu jeszcze skarbie, prawda?- ostatnie zdanie wypowiedziała bezpośrednio do mnie.
-To Anabelle. Pomagała mi uporządkować to wszystko.- odłożyliśmy dokumenty na kozetkę i pożegnaliśmy się z kobietą, po czym udaliśmy do klasy. Przyszliśmy idealnie, bo pan Frazowski akurat otwierał salę.
***
Opadłam na krzesło obok Rozali. Uśmiechnęła się do mnie, przerywając sms-owanie pod ławką z moim bratem.
-Znowu przeszkadzasz Leo w prowadzeniu sklepu?- rzuciłam żartobliwie. Nadęła policzki.
-To zabawne... Lys jakieś pięć minut temu powiedział mi to samo. Jest wręcz odwrotnie! Właśnie doradzałam mu w sprawie nowej kolekcji!- wyglądała na zdenerwowaną. Uszczypnęłam ją w ramię.
-Auć! Za co to było?!- spojrzała na mnie z wyrzutem.
-Spokojnie. Wiesz, że i tak wszyscy cię kochamy!- zapewniłam ją. Roza wypuściła powoli powietrze.
-Wiem... Przepraszam. Jestem trochę niespokojna. Mam wrażenie, że twój brat nie tratuje mnie poważnie.- wyżaliła się. Zdziwiłam się. Leo może nie był zbyt wylewny w okazywaniu uczuć, ale to po prostu nie w jego stylu, a jasno i wyraźnie widziałam jak bardzo mu na niej zależy.
-Roza, kochanie... Leo nie jest TEGO typu chłopakiem. Jeśli jest z tobą, to tylko dla tego, że mu na tobie zależy.- oznajmiłam z pewnością.
-T-tak... Pewnie masz rację.- potaknęła i zaczęła słuchać nauczyciela. Zapisałam temat lekcji i postanowiłam wziąć z niej przykład.
***
Kiedy zadzwonił dzwonek wstałam i przeciągnęłam się z zadowoleniem. To była jedna z najnudniejszych lekcji na jakich byłam! Rozalia wrzuciła wszystkie swoje książki do plecaka i wybiegła z sali. Sama też zaczęłam zbierać rzeczy. Miałam już wychodzić ze szkoły, kiedy usłyszałam, że ktoś mnie woła. Odwróciłam się, szukając źródła dźwięku. Zobaczyłam Nataniela, który wychylał się z pokoju gospodarzy. Podeszłam do niego.
-Cześć. Co tam?- przywitałam się.
-Hej. Widzieliśmy się już.- zauważył- W każdym razie mam do ciebie prośbę. Poprosiła byś Kastiela, żeby podpisał to usprawiedliwienie? Szczerze powiedziawszy, im rzadziej go widzę, tym lepiej...
-Hah... Lepiej tego nie mogłeś ująć.- uśmiechnęłam się- Nie lepiej było by jednak poprosić o to Irys? Wydaje mi się, że dobrze się dogadują, a nie mam pewności czy posłucha akurat mnie.
-Oh dziewczyno, spostrzegawczością to ty akurat nie grzeszysz, prawda?- zapytał rozbawiony. Uniosłam brwi, nie bardzo wiedząc co na to odpowiedzieć.- Jestem pewien, że się zgodzi.
-Skoro tak mówisz...- odebrałam od niego usprawiedliwienie.- Ale on na pewno jest w szkole?
-Ta... Klub koszykówki ma dzisiaj zajęcia.
Pokiwałam niepewnie głową i udałam się na spotkanie ze smokiem.
_________________________________________________________________
Skończyłam! Żegnaj świecie! Wypaliłam już chyba wszystkie moje szare komórki...
To dziwne, że w ogóle jakieś miałam. LeL :D