wtorek, 20 września 2016

Rozdział 13

Anabelle weszła do szkoły i najspokojniej w świecie miała zamiar udać się do szafki, kiedy wpadła na nią mała, brązowowłosa burza, imieniem Kentin.
-Ana! Szukałem cię! - wyglądał na przybitego.
-Tak? Co się stało? Amber znowu ci dokuczała? - zagadnęła zaniepokojona dziewczyna.
-Nie, ale musiałem się z tobą koniecznie pożegnać przed wyjazdem! - zaaferowany zaczął grzebać w swojej torbie.
-Wyjazdem? Jakim wyjazdem? O czym ty mówisz? - bezskutecznie próbowała coś z tego zrozumieć.
-Opowiedziałem wszystko ojcu. To znaczy o Amber i jej przyjaciółkach. Powiedział, że to nie do przyjęcia, żeby takie damulki prześladowały jego syna. - w innej sytuacji użycie słowa "damulki" doprowadziło by Ane do śmiechu, niestety teraz nie było jej nawet odrobinę weselej. - Dodał, że jak najszybciej wypisze mnie z tej szkoły i zrobi ze mnie mężczyznę.
-Ale ja lubię ciebie takiego jakim jesteś... Kim w ogóle jest twój ojciec? - na twarz chłopca wypełzł wyraźny rumieniec. Wyciągnął w końcu z torby to czego szukał.
-Jest wojskowym. Wrócił właśnie z misji, żeby się mną opiekować. Muszę lecieć, czeka na mnie w aucie. - podał przyjaciółce małego, brązowego misia. - Trzymaj, to dla ciebie. I nie zapomnij o mnie, dobrze? Jeszcze wrócę. - nawet zza okularów zauważyłaś łzy w jego oczach. Bez słowa objęła go i przytuliła mocno.
-Nie martw się, na pewno szybko wrócisz. Będę na ciebie czekać. - pocieszyła go. Ken skinął głową, przełykając smutek, po czym odwrócił się i odszedł. Przyglądała się jak wątła postać chłopca znika w czarnej terenówce, kiedy między jej nogami przemknął brązowy cień.
-Pies...? - wyszeptała do siebie.
-Panienko! Czemu nic nie zrobiłaś?! Mój mały Kiki... Jeśli się zgubi, to będzie to tylko i wyłącznie twoja wina! Poniesiesz konsekwencje! - wrzasnęła wkurzona dyrektorka, zatrzymując się obok i dysząc ciężko.
-Co? Ale ja... Ja nic nie zrobiłam! Nawet nie wiedziałam, że pani ma psa. - jęknęła Anabelle.
-Nie pyskuj! Odnajdź Kikiego, bo jak nie...! - kobieta zacięła się.
-Dobrze, zrozumiałam! Znajdę pani pieska. - pisnęła dziewczyna, kuląc się pod srogim wzrokiem głowy szkoły. Dyrektorka odwróciła się na pięcie i odeszła. Zdezorientowana Ana rozejrzała się po korytarzu. W końcu doszła do wniosku, że wyjdzie na dziedziniec, w końcu to w tamtą stronę pobiegł pies. Na ławce na dziedzińcu siedział Kastiel i najwyraźniej bezskutecznie próbował nastroić gitarę.
-Hej! Nie zbyt ci idzie, co? - zagadnęła Anabelle, podchodząc bliżej.
-Tak to jest jak zlecasz komuś zakup strun. - westchnął, potrząsając swoją czerwoną czupryną.
-Tsa... skądś to znam. Leo ma niesamowity talent do wybierania najgorszych firm. Całe szczęście tylko jeśli chodzi o instrumenty. - zaśmiała się dziewczyna.
-Ej... A to nie kundel dyrektorki przebiegał właśnie za tobą? - zauważył chłopak.
-Był tam?! - odwróciła się z prędkością światła. - Dyrektorka mnie zabije... - jęknęła, biegnąc w stronę klubu koszykówki. Usłyszała za sobą jeszcze kpiący śmiech Kastiela.
Po dłuższej chwili bezskutecznego przetrząsania sali gimnastycznej postanowiła się jednak poddać. Niedługo miał zadzwonić dzwonek, a ona nie wzięła jeszcze książek do matematyki. Niestety w budynku spotkała ją jeszcze jedna niemiła niespodzianka. A mianowicie Cerber.
- Hahaha... A więc udało ci się nawet przegonić Kena? - zakpiła Amber, a jej koleżanki jej zawtórowały.
-To nie jest zabawne. To przez was musiał odejść! - warknęła Ana.
-O cholera... Dziewczyny, chyba powinnyśmy klęczeć za to na grochu. - stwierdziła przesadnie przejęta blondynka.
-Hah... Poskarż się swojemu braciszkowi. Na pewno ci pomoże. - prychnęła jedna z pozostałych dziewczyn o azjatyckiej urodzie.
-Braciszkowi? - zdziwiła się Amber. Jak widać nawet ona nie zawsze była doinformowana.
-Lysander to mój brat. - wyjaśniła spokojnie Anabelle, z satysfakcją patrząc na niepewność w oczach prowokatorki.
-Dziewczyny, idziemy. - zadyrygowała i odeszła szybko.
-Co? Amber! Czekaj! - jej przyjaciółki udały się w ślad za nią. Rozmawiały o tym, że Kastiel przyjaźni się z jej bratem i że może mu coś naopowiadać. Ana wzruszyła ramionami i wróciła do poprzedniego zajęcia. Zebrała rzeczy z szafki i uciekła na lekcje. Do sali weszła równo z dzwonkiem.

Do końca zajęć nie udało jej się złapać psa, który uciekał kiedy tylko znajdował się w zasięgu wzroku. Zrezygnowana dziewczyna wychodziła już ze szkoły, kiedy usłyszała wołanie.
-Ana! Tutaj! - Kastiel machał do niej wesoło, nie za bardzo zwracając uwagę na innych uczniów opuszczających budynek. Podeszła do niego zaskoczona, a ten bez zbędnych ceregieli wcisnął jej garść psich smakołyków.
-Co? - chciała sklecić jakieś rozsądne zdanie, ale nie za bardzo jej to wyszło. Sytuacja w której się znalazła była, jak by na to nie spojrzeć,  dość dziwaczna.
-Chciałaś złapać mopsa dyrektorki, co nie? Pomyślałem, że może się przydać. - stwierdził z uśmiechem.
-Dzięki! - bez krępacji zarzuciła mu ręce na szyję i uściskała mocno.
-Ghy... du-sisz... - chłopak udał, że nie może złapać powietrza, po czym oboje się roześmiali.
-Teraz na pewno uda mi się go złapać! - zauważyła i machając mu na pożegnanie poszła szukać zguby. Pies wesoło rozkopywał grządki w klubie ogrodników.
-Hej! Tak nie wolno! Chodź tutaj... - przyklęknęła i wyciągnęła w stronę zwierzęcia dłoń ze smakołykami. Kiki najpierw przyjrzał się jej niepewnie, po czym zaczął węszyć. Chyba wyczuł psie chrupki, bo chwilę później stał już przy Anie, pałaszując.
-Musiałeś być mega głodny, co? - zauważyła, biorąc go na ręce. - Zaraz oddamy cię twojej pani.
Na korytarzach nie było już nikogo. Zapukała nieśmiało do biura dyrektorki z którego wyjrzał pan Frazowski.
-Na boga, dziecko! Spadasz nam z nieba! - wykrzyknął, widząc psa w twoich ramionach. - Pani dyrektor zaczynała rwać włosy z głowy... - nie powiedział nic więcej, bo między jego ramieniem a drzwiami przepchnęła się niska staruszka i wręcz wyrwała jej zwierze z rąk.
-Dziękuję ci! Już zaczynałam tracić nadzieję, że się znajdzie. - stwierdziła kobieta, kiedy wyściskała już Kikiego. - Dostaniesz punkty z zachowania, dziękuję jeszcze raz. - trajkotała, znikając za w gabinecie. Głośne westchnienie wyrwało się z ust Anabelle. Nareszcie mogła wrócić do domu.
Chciała już wychodzić ze szkoły, kiedy znów ktoś ją zatrzymał.
-Czekaj! Idę z tobą. - nie musiała się nawet obracać, żeby wiedzieć kto do niej dołączył
-Nie wracasz przypadkiem w innym kierunku? - zapytała, spoglądając podejrzliwie na Kastiela.
- Błąd. Umówiłem się z twoim bratem, że do was wpadnę. Podwieźć cię? - zaproponował z łobuzerskim uśmiechem.
-Dzięki. - odparła, czując jak ogarnia ją podniecenie. Może nie pasowało to do niej, ale kochała szybką jazdę... No i motory. W ciągu kilku minut byli pod sklepem Leo.

-Wróciłam! - krzyknęła, zamykając drzwi za nią i Kastielem. W przedpokoju pojawił się Lys w spodniach od piżamy i luźnym podkoszulku. W końcu nawet on nie chodził w wiktoriańskich ciuchach w domu.
-Naeszje jeszehje.(Nareszczie jesteście.) - wymamrotał ze szczoteczką do zębów w buzi.
-Cześć stary. - przywitał się Kas. - Mogę skorzystać z prysznica? Przed chwilą miałem zajęcia klubowe. - zapytał bez ogródek, ściągając przepoconą koszulkę.
-Pewnie. Wiesz gdzie jest. - odparł Lysander, niespecjalnie przejęty tym, że ma pół nagiego mężczyznę w przedpokoju. Anabelle za to unikała patrzenia w jego stronę. Chłopak zniknął w łazience a rodzeństwo udało się do kuchni przygotować coś do jedzenia. Ana wsadziła do mikrofali trzy porcje zapiekanki z poprzedniego dnia, a Lys zrobił dwie herbaty i kawę.
- Leo jeszcze w sklepie? - zapytała Ana, opierając się nonszalancko o blat.
- Ta... Ma urwanie głowy. Roza przyjechała mu pomóc. - stwierdził, zalewając kubki wrzątkiem.
- Niesamowita dziewczyna. - stwierdziła. - Na prawdę ją lubię.
- Tak... Racja. Leo ma szczęście. - siostra przyjrzała się mu niepewnie, jednak postanowiła nie komentować. Mikrofala zapiszczała, więc wyjęła talerz i przełożyła po porcji na dwa kolejne.
- Kastiel nocuje? - zapytała, żeby podtrzymać rozmowę.
- Yhm... Musimy się zająć jedną z piosenek. - Lysander wzruszył ramionami.
Plik:Castielgif by kurimutu-d5yw2xg.gif- Pomóc wam? - zaproponowała Ana.
- Jak chcesz. - chłopak wzruszył ramionami, po czym przenieśli się do salonu. Po chwili z łazienki wyszedł Kastiel w samych bokserkach i z ręcznikiem na głowie.
-Mmm... Ładnie pachnie... - zachwycił się. Usiadł i przyciągnął w swoją stronę kawałek  lazanii i zaczął ją pochłaniać. Anabelle się roześmiała.
_____________________________________________________________________
Ohayo!
Przybywam do was z nowym rozdziałem! Co prawda, żeby go napisać musiałam związać Wena i wsadzić go do szafy... Chyba się na mnie obraził, no ale trudno :)
Mam nadzieję, że nie jest BARDZO żle.
Bywajcie towarzysze! Do następnego i niech wena będzie z wami.

sobota, 25 czerwca 2016

Rozdział 12

Odwróciłam się, szukając źródła dźwięku. Zobaczyłam Nataniela, który wychylał się z pokoju gospodarzy. Podeszłam do niego.
-Cześć. Co tam?- przywitałam się.
-Hej. Widzieliśmy się już.- zauważył- W każdym razie mam do ciebie prośbę. Poprosiła byś Kastiela, żeby podpisał to usprawiedliwienie? Szczerze powiedziawszy, im rzadziej go widzę, tym lepiej...
-Hah... Lepiej tego nie mogłeś ująć.- uśmiechnęłam się- Nie lepiej było by jednak poprosić o to Irys? Wydaje mi się, że dobrze się dogadują, a nie mam pewności czy posłucha akurat mnie.
-Oh dziewczyno, spostrzegawczością to ty akurat nie grzeszysz, prawda?- zapytał rozbawiony. Uniosłam brwi, nie bardzo wiedząc co na to odpowiedzieć.- Jestem pewien, że się zgodzi.
-Skoro tak mówisz...- odebrałam od niego usprawiedliwienie.- Ale on na pewno jest w szkole?
-Ta... Klub koszykówki ma dzisiaj zajęcia.
Pokiwałam niepewnie głową i udałam się na spotkanie ze smokiem.

I rzeczywiście było tak jak powiedział główny gospodarz. Na sali przepychało się z piłką w rękach dwunastu spoconych facetów. Ciężko było nie zauważyć czerwonej czupryny Kastiela.
Wszystko działo się tak niesamowicie szybko, że miałam trudności ze śledzeniem piłki. Kass wyminął trzech zawodników stojących na obronie, odebrał piłkę od jakiegoś chłopaka z numerem 7 i zrobił wsad. W jego wykonaniu to wydawało się takie płynne i łatwe. Chłopak opadł na ziemię prawie równo z piłką, a jego twarz zdobił ogromny uśmiech.
-Brawo Johnson! Trzeba było rzucać za 3...- śmieje się wcześniej wspomniany chłopak i przybija piątkę Kastielowi. W tamtej chwili Anie wydało się, że on na prawdę przypomina smoka. Piłka potoczyła się pod jej nogi, więc wzięła ją do rąk, przez co przyciągnęła na siebie uwagę większej części drużyny.
-Co tam, mała? Gimnazjum jest nie po tej stronie miasta...- zawołał do niej trener.
-Ja nie jestem z gimnazjum... -zaczęła, patrząc przerażona na Kassa.
-Przepraszam trenerze. To moja koleżanka z klasy, mogę sobie zrobić chwilę przerwy?- zapytał czerwonowłosy.
-No dobra. Ale widzę cię tu za 10 minut!- wysoki chłopak z czarnymi włosami pogroził mu palcem.- Nie toleruję dezercji!
-Jasne, kapitanie.- prychnął sam zainteresowany i ruszył w stronę drzwi, przy których stała Anabelle.
***
-To czego chciałaś?- zapytał chłopak, wycierając przodem koszulki pot z twarzy.
-Ja... Etto... Ano... Ten tego... Ładną mamy pogodę, nie?- stchórzyła. Przyjaciel spojrzał na nią zaskoczony.
-Tylko po to wyciągnęłaś mnie z treningu?- wykrztusił z niedowierzaniem.
-Nie!- zaprotestowała od razu , wykonując przy tym szereg chaotycznych gestów.- Chodzi o to.- wyciągnęła przed siebie usprawiedliwienie, które dostała wcześniej od Nathaniela.
-Aaa... Ten śmieć cię przysłał.- warknął Kastiel, wypluwając z siebie słowa jak truciznę.
-Poprosił mnie, żebym zdobyła twój podpis.- potwierdziła niepewnie. "Oj czarno to widzę..." stwierdziła w myślach.
-Phi... Jeśli jest mężczyzną, to sam sobie po to przyjdzie. Nie mam zamiaru tego podpisywać.- wyjaśnił, po czym odwrócił się z zamiarem odejścia. Kącik ust dziewczyny uniósł się ku górze w lekko kpiącym uśmiechu.
-Rozumiem, że nie mam co liczyć na autograf, Johnson?- zapytałam zadziornie. Czerwonowłosy zatrzymał się w pół kroku.
-Po nazwisku? Tak masz zamiar się bawić?- odwrócił się na pięcie z uśmiechem pełnym wyższości.- A co ja będę z tego miał, łobuzie?- podjął grę.
-Oh... Moją dozgonną wdzięczność, oczywiście.- odparła bez zająknięcia.
-Kusząca propozycja... Jeśli dorzucisz do tego sprzątanie u mnie w domu przez tydzień i dasz mi spisać na następnym sprawdzianie z Historii, to podpiszę.
-Nie jest to trochę zbyt wygórowana cena, królewiczu?- zapytała oburzona.
-Eh... No dobra. Sprzątanie sobie możesz darować, ale sprawdzianu nie popuszczę. Nie ogarniam tych wszystkich dat.- spasował.
-Dobra. Cieszę się, że znaleźliśmy kompromis.- dziewczyna z uśmiechem podała mu papier. Złożył na nim podpis swoim równym, starannym pismem z zabawną pętelką przy S.
-Wspaniale robi się z tobą interesy. - prychnął odchodząc. Dziewczyna pomachała mu kartką na pożegnanie i wróciła do głównego gospodarza. Zapukała do drzwi, po czym wsunęła się do środka, nie czekając na zaproszenie.
-Jak bardzo źle było? - zagadnął niepewnie blondyn.
-Podpisał. - Ana wzruszyła ramionami, przesuwając usprawiedliwienie w jego stronę po biurku.
-Jak tyś to zrobiła? - zapytał zszokowany, patrząc na nią jak w obraz.
-Poprosiłam o autograf. - wyszczerzyła zadziornie ząbki. - To co? Mogę iść do domu, czy potrzebujesz jeszcze jakiejś pomocy?
-Nie, nie... Idź. To była ostatnia sprawa na dzisiaj. Ja też pouczę się jeszcze i zmykam do domu. - Nataniel posłał jej niepewny uśmiech, po czym wrócił do swoich obowiązków.
-To pa! - dziewczyna pożegnała się, wychodząc.
Przed szkołą czekali na nią uśmiechnięci bracia.
-Cześć mała! Co tak długo? - zagadnął Leo, mierzwiąc jej włosy.
-Pomagałam gospodarzowi - odparła z uśmiechem. Otworzyła drzwi ciemno-szarego audi i wsiadła do klimatyzowanej kabiny. Westchnęła zadowolona.
-Jakim cudem jest tak gorąco? - jęknęła.
-Nie marudź, mogło być gorzej. - westchnął Lys, siadając obok niej i przymykając błogo oczy.
-Gdzie państwa podwieźć? - zapytał niczym rasowy taksówkarz Leo.
-Do domu braciszku, bardzo proszę. - stwierdziła Ana. - Ja się tu roztapiam... - chłopcy się roześmiali, a ich siostra wkrótce do nich dołączyła.
______________________________________________________________________
Udało mi się w końcu znaleźć trochę czasu i weny! Chociaż Wen nie za bardzo chcę ze mną współpracować...
(*siedząc leniwie w fotelu popala fajkę* Jam jest Wen jedyny i prawdziwy. Nie każ mi, prosta kobieto się od ciebie odwracać! *zagrzmiał*)
No i widzicie?! Z nim tak cały czas! *oburzona*

niedziela, 15 maja 2016

Do miłego :D




Witajcie! Dodaję ten post, aby poinformować o zawieszeniu bloga. Co prawda nigdy nie narzucałam sobie terminów, ani nie pisałam tu na przymus, dla tego teraz też nie będę. Wena zrobiła sobie wakacje, a u mnie w szkole jest coraz więcej testów, co nie daje mi czasu na pisanie. :)

Jeśli ktokolwiek to przeczyta, to ma moje specjalne podziękowania za to, że chociaż wszedł (Nawet jeśli zrobił to przypadkiem :D)



piątek, 26 lutego 2016

Rozdział 11

-Jak to ukradła ci pieniądze?!- oburzyłam się, patrząc na Kena.
-No właściwie to przewróciły mnie na podłogę a potem zabrały to co miałem w portfelu... Powiedziały, że dziś wolą jeść w restauracji, nie w stołówce.- chłopiec patrzył pod nogi, cały zarumieniony, jak by to była jego wina, że ktoś go okradł.
-Grrr... Wredne żmije. Ile ci zabrały? Nie mam kasy, ale jak będziesz głodny to mogę się z tobą podzielić drugim śniadaniem. Mam ciastka!- mrugnęłam do niego zachęcająco, a ten uśmiechnął się z wdzięcznością, czerwony jak piwonia.- Teraz cię przepraszam, muszę się rozmówić z głównym gospodarzem...
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do pokoju gospodarzy. Szarpnęłam zdenerwowana za klamkę i weszłam, zamykając za sobą drzwi. Nataniel przeniósł wzrok z papierów porozkładanych na biurku na mnie. W pomieszczeniu byliśmy tylko my.
-Przepraszam cię Ana, ale czy mogła byś przyjść później? To nie jest naj...
-Nie!- przerwałam mu stanowczo.- Posłuchasz mnie TERAZ.- popatrzył na mnie zszokowany moją zmianą charakteru.
-A więc mów...- rozłożył ręce, poddając się.
-Zrób coś ze swoją siostrą, bo nie wytrzymam. Zachowuje się jak dryblas z podstawówki. Na miłość boską, ona jest już w liceum!!!- zacisnęłam zęby, żeby nie zacząć wrzeszczeć jeszcze głośniej.
-Przykro mi, ale nie wiem o co ci chodzi.- zakłopotanie Nataniela w tamtej chwili mnie rozbawiło.
-Jakiś tydzień temu porozrzucała po szkole moje zdjęcia z dorysowanymi wąsami i tak dalej. Stwierdziłam, że nie będę ci tym zawracać głowy, ale dzisiaj przebrała się miarka. Na tej przerwie razem z koleżankami okradła Kena. Jeśli jeszcze raz zrobi przykrość chociaż jednemu z moich przyjaciół, to obiecuję ci, że zrobię wszystko, by ją zawiesili.- ostrzegłam. Chłopak wyglądał na zdenerwowanego.
-Rozumiem, że masz jakieś na to dowody? Złapałaś ją za ręką, kiedy wyjmowała portfel z kieszeni twojego przyjaciela? A może masz zdjęcia?!- podniósł się i wyszedł zza biurka.
-N-nie... Ja...- zająknęłam się.
-W takim razie nie wiem skąd ci przyszło do głowy, że możesz mi grozić.- Stanął przede mną, wysoki jak drzewo i nagle obleciał mnie strach.
-Nie groziłam ci, tylko stwierdziłam fakt. Jesteś zaślepiony swoją braterską miłością, ale tak w cale jej nie pomożesz! Rozumiem co czujesz, bo gdyby ktoś mi powiedział, że Lys wyprawia takie rzeczy, to też bym nie uwierzyła, ale ja jestem twoją przyjaciółką i nie mam powodu by kłamać.- stwierdziłam patrząc mu prosto w oczy, mimo, że nogi mi się trzęsły. Czułam się tak potwornie bezsilna w tej sytuacji... Zacisnęłam zęby na wardze, chyba trochę za mocno, bo poczułam w ustach metaliczny posmak krwi. Nat przetarł oczy ze zmęczeniem.
-Dobrze... Przyjrzę jej się i sprawdzę, co da się zrobić.- położył mi rękę na ramieniu.- W każdym razie cieszę się, że uważasz mnie za przyjaciela- uśmiech który mi posłał był pełen ufności. Spojrzałam mu przez ramię.
-Nad czym pracujesz?- spróbowałam zmienić temat.
-Hmmm...? A, próbuję uporządkować karty zdrowia. Potem będę musiał je zanieść pielęgniarce... Chyba zapowiada się kontrola.-wrócił do kart.
-Pomóc ci?- zaproponowałam.- Przyrzekam solennie, że znam całe abecadło.- położyłam rękę na sercu.
-Oh... Nie wątpię.- roześmiał się serdecznie.- W takim razie możesz wziąć klasę A, B i C...- podsunął mi trzy kupki, a sam zajął się klasą D.- Pamiętaj, żeby oddzielić tych co noszą okulary.- przypomniał.
-Tak jest szefie!- zasalutowałam mimochodem, pogrążona w swojej pracy. Razem uwinęliśmy się z tym w jakieś 10 minut.
-Haha...Szybko poszło! Nie mogę uwierzyć, że to cała szkoła!- zaśmiał się gospodarz.
-No wiesz... W kupie raźniej.- zauważyłam, po czym pod nosem dodałam jeszcze- w kupie cieplej, w kupie śmierdzi...- Nataniel to chyba jednak usłyszał, bo parsknął śmiechem, ukrywając twarz w dłoniach.
-Nie wytrzymam z tobą... Pomożesz mi to zanieść?- zapytał z oczami dalej roześmianymi jak u chłopca. Lubiłam go takiego.
-Pewnie!- zebrałam do kupy klasy, które układałam, a chłopak wziął cztery kolejne i ruszyliśmy.
-Dzięki Ana... Gdyby nie ty, musiał bym się zabrać na dwa razy.- wybełkotał główny gospodarz z twarzą ukrytą za stosem dokumentów.
-Albo poszukać dużego pudła... Bardzo dużego.- zauważyłam błyskotliwie
-Hahaha... Powinienem sobie gdzieś zapisywać te twoje mądrości...
-No i poprawnie młody padawanie.- próbowałam przybrać wyniosły ton, ale nie specjalnie mi to wyszło. Do higienistki weszliśmy roześmiani, a ja prawie upuściłam trzymane karty.
-O! Widzę, że już jesteś Natanielu. Bardzo ci dziękuję.- Uśmiechnięta starsza kobieta z nienaturalnie rozjaśnionymi włosami spojrzała na nas bystro.- Kim jest twoja koleżanka? Nie było cię tu jeszcze skarbie, prawda?- ostatnie zdanie wypowiedziała bezpośrednio do mnie.
-To Anabelle. Pomagała mi uporządkować to wszystko.- odłożyliśmy dokumenty na kozetkę i pożegnaliśmy się z kobietą, po czym udaliśmy do klasy. Przyszliśmy idealnie, bo pan Frazowski akurat otwierał salę.
***
Opadłam na krzesło obok Rozali. Uśmiechnęła się do mnie, przerywając sms-owanie pod ławką z moim bratem.
-Znowu przeszkadzasz Leo w prowadzeniu sklepu?- rzuciłam żartobliwie. Nadęła policzki.
-To zabawne... Lys jakieś pięć minut temu powiedział mi to samo. Jest wręcz odwrotnie! Właśnie doradzałam mu w sprawie nowej kolekcji!- wyglądała na zdenerwowaną. Uszczypnęłam ją w ramię.
-Auć! Za co to było?!- spojrzała na mnie z wyrzutem.
-Spokojnie. Wiesz, że i tak wszyscy cię kochamy!- zapewniłam ją. Roza wypuściła powoli powietrze.
-Wiem... Przepraszam. Jestem trochę niespokojna. Mam wrażenie, że twój brat nie tratuje mnie poważnie.- wyżaliła się. Zdziwiłam się. Leo może nie był zbyt wylewny w okazywaniu uczuć, ale to po prostu nie w jego stylu, a jasno i wyraźnie widziałam jak bardzo mu na niej zależy.
-Roza, kochanie... Leo nie jest TEGO typu chłopakiem. Jeśli jest z tobą, to tylko dla tego, że mu na tobie zależy.- oznajmiłam z pewnością.
-T-tak... Pewnie masz rację.- potaknęła i zaczęła słuchać nauczyciela. Zapisałam temat lekcji i postanowiłam wziąć z niej przykład.
***
Kiedy zadzwonił dzwonek wstałam i przeciągnęłam się z zadowoleniem. To była jedna z najnudniejszych lekcji na jakich byłam! Rozalia wrzuciła wszystkie swoje książki do plecaka i wybiegła z sali. Sama też zaczęłam zbierać rzeczy. Miałam już wychodzić ze szkoły, kiedy usłyszałam, że ktoś mnie woła. Odwróciłam się, szukając źródła dźwięku. Zobaczyłam Nataniela, który wychylał się z pokoju gospodarzy. Podeszłam do niego.
-Cześć. Co tam?- przywitałam się.
-Hej. Widzieliśmy się już.- zauważył- W każdym razie mam do ciebie prośbę. Poprosiła byś Kastiela, żeby podpisał to usprawiedliwienie? Szczerze powiedziawszy, im rzadziej go widzę, tym lepiej...
-Hah... Lepiej tego nie mogłeś ująć.- uśmiechnęłam się- Nie lepiej było by jednak poprosić o to Irys? Wydaje mi się, że dobrze się dogadują, a nie mam pewności czy posłucha akurat mnie.
-Oh dziewczyno, spostrzegawczością to ty akurat nie grzeszysz, prawda?- zapytał rozbawiony. Uniosłam brwi, nie bardzo wiedząc co na to odpowiedzieć.- Jestem pewien, że się zgodzi.
-Skoro tak mówisz...- odebrałam od niego usprawiedliwienie.- Ale on na pewno jest w szkole?
-Ta... Klub koszykówki ma dzisiaj zajęcia.
Pokiwałam niepewnie głową i udałam się na spotkanie ze smokiem.
_________________________________________________________________
Skończyłam! Żegnaj świecie! Wypaliłam już chyba wszystkie moje szare komórki...
To dziwne, że w ogóle jakieś miałam. LeL :D

czwartek, 7 stycznia 2016

Rozdział 10

-...na... ana...Ana! Ana! Wstawaj bo się spóźnisz!- powoli budziłam się z czegoś co w moim przypadku mogło być snem zimowym. Otworzyłam niemrawo jedno oko i zaraz je zamknęłam.
-Lyyys... Jeszcze pięć minut!- wyjęczałam, zakrywając twarz poduszką.
-Kochanie ty moje...- zaczął z przekąsem.- Jeśli zaraz nie wstaniesz, to się spóźnimy.
-Jeszcze pięć minut, a potem się szybko ubiorę.- obiecałam.
-Ana! Dość tego.- ściągnął ze mnie kołdrę, przez co pod wpływam zimnego powietrza zwinęłam się w kłębek. Spróbowałam odzyskać swoją własność, ale Lusia był nieugięty. Wstałam z łóżka z miną męczennika i powlokłam się do łazienki. Przemyłam twarz zimną wodą i bardzo starannie zignorowałam moje odbicie, którego można by się przestraszyć. Niemrawo wyszczotkowałam zęby i uczesałam włosy, po czym wyszłam do salonu. Wzięłam z blatu miskę z budyniem, którą wcześniej przygotował dla mnie Leo, owinęłam się kocykiem i usiadłam przed telewizorem, spokojnie konsumując i oglądając Animal Planet.
-Anabelle Marianno Clarc?! Czy nie mówiłem ci, żebyś się pospieszyła?!- odwróciłam głowę w stronę kuchni, gdzie stał mój brat z założonymi rękami i miną rodzica bardzo przekornego dziecka.
-A-ale... Ale Bu-dyń...- odpowiedziałam tonem dziecka.
-Nie pieść się, tylko idź przebrać z piżamy.- warknął, powoli tracąc cierpliwość. Nie widząc innego wyboru spełniłam jego rozkaz. Naciągnęłam na siebie granatową koszulę i jeansowe spodnie. Podczas eskapady w celu znalezienia skarpetek udało mi się nawet stłuc kolano, a skarpetek jak nie było, tak nie ma. W końcu zrezygnowana założyłam jedną zieloną, jedną czarną.
Jak ja nienawidzę poranków!
-Ana? Gotowa?- przez uchylone drzwi do pokoju zerkała Rozalia.
-Tak. Już idę.- Porwałam torbę z krzesła i dołączyłam do przyjaciółki i braci w przedpokoju.
-Spałaś tutaj?- spojrzałam pytająco na Rozalię. Nie widziałam jej wczoraj wieczorem, więc albo przyszła bardzo późno, albo siedziała z Leo w jego pokoju. Dziewczyna zarumieniła się po końce uszu i pokręciła szybko głową.
-Nie! Leo przyjechał po mnie rano, żeby mnie odwieźć do szkoły.- pokiwałam spokojnie głową. Pojawienie się Rozy nagle nabrało sensu. Wciągnęłam buty na nogi i założyłam płaszcz.
-Czapka na głowę.- upomniał mnie Lys. Niechętnie, ale wzięłam również i to wełniane narzędzie tortur. Wszelkie nakrycia głowy od zawsze mnie irytowały, a do tego miałam straszny tik przez który marszczyłam czoło, kiedy tylko miałam je na sobie.

***

-Gdzie mamy pierwszą lekcję?- zapytałam kiedy weszliśmy do szkoły, jednocześnie się przeciągając.
-Matematyka.- odpowiedziała Roza, wskazując salę, pod którą zebrało się już trochę osób z naszej klasy. Zauważyłam Kentina, który siedział zagubiony, z dala od wszystkich. Odważyłam się do niego podejść. Usiadłam obok, a ten przestraszony poderwał głowę i pisnął jak szczenię.
-Ach... To tylko ty.- zarumienił się i spuścił wzrok.
-"Tylko"?- uniosłam brwi z uśmiechem na ustach.
-No... To znaczy... Nie o to mi chodziło... Ja chciałem...- zaczął plątać się w wypowiedzi, żywiołowo przy tym gestykulując.
-Spokojnie! Tylko żartowałam.- położyłam mu rękę na ramieniu.- A teraz powiedz, czego się tak przestraszyłeś?
- Chłopaka z czerwonymi włosami. Wczoraj w parku myślałem, że mnie zabije!
-Wczoraj w parku? Czemu miał by cię zabić?- zdziwiłam się, a on znów zrobił się cały czerwony.
-Ja... To znaczy... Było ciemno, a on był bardzo zdenerwowany, a ja potknąłem się i na niego wpadłem. Zaczął na mnie wrzeszczeć i się wystraszyłem, po czym uciekłem.- zawstydził się i odwrócił wzrok.
-Hmm... A jak on dokładnie wyglądał?- zapytałam zaciekawiona.
-No, właściwie było ciemno, ale wiem, że ma czerwone włosy i chodzi w czarnej kurtce.- uśmiechnęłam się rozbawiona, ponieważ domyślałam się, o kim mówi. To znaczy nie jeden chłopak ma czerwone włosy, jednak coś mi mówiło, że to był Kastiel.
-No i dzisiaj się dowiedziałem, że on chodzi do tej szkoły! I to jeszcze do naszej klasy! Jak to się mogło stać, że wcześniej go nie widziałem?!
-Spokojnie. Kastiel nie jest taki groźny na jakiego wygląda, chociaż pewnie by się wkurzył, gdyby usłyszał, że tak o nim mówię.
-To lepiej nie mów! Nie chcę, żeby coś ci się stało!- spanikowany rozejrzał się dookoła i odetchnął z ulgą, kiedy nie dostrzegł wśród zebranych czerwonej czupryny. Roześmiałam się w głos, przyciągając przypadkiem uwagę bliżej stojących. Zarumieniłam się przez to i spuściłam głowę.
-A właśnie! Zapisałeś się już do klubu?- zapytałam zaciekawiona.
-Tak. Do klubu ogrodników. Nie znam się co prawda na roślinach, ale myślę, że to będzie ciekawe poznać język kwiatów...
-Jesteś uroczy...- stwierdziłam. Przyjemnie było słuchać jak mówi o czymś z takim zapałem, że aż błyszczą mu oczy. Zarumienił się i spuścił głowę. Zapanowała między nami niezręczna cisza i już miałam sprostować, że to nie o to chodziło, jednak zadzwonił dzwonek. Podniosłam się z ławki i spojrzałam na Kentina z nowym pomysłem.
-Usiądziesz ze mną?- zapytałam z uśmiechem, pełna nadzieji na to, że się zgodzi.
-Miałam wrażenie, że przez chwilę bardzo chciał odmówić, jednak pokiwał głową.
-Pewnie. Tylko daleko od ławki tamtego chłopaka...- poprosił.
-Okej! Usiądziemy w pierwszej.


______________________________________________________________________
Tym razem szybciej niż zwykle, co w moim mniemaniu jest niezłym wyczynem. Usiadłam do tego rozdziału bez żadnego pomysłu, a wyszedł dłuższy niż inne. To ciekawe, prawda? :D

Teraz muszę uciekać, bo brat robi jajecznicę. Morze się załapię? *świecą jej się oczy*

piątek, 1 stycznia 2016

Rozdział 9

-...sala 14... sala 14... cholercia, gdzie ta sala się podziała?- bredziłam pod nosem, chodząc jak pomylona pomiędzy salą 13 a 15 i poważnie zastanawiałam się nad wbiegnięciem w ścianę. Nie zrobiłam tego jednak, trzymając się kurczowo logicznego faktu- Nie byłam w Hogwarcie. Za 11 minut w tej właśnie sali miały się rozpocząć zajęcia, a ja, sierota jak na złość zgubiłam Lysandra.
-Gdzie ta sala, do diabła?!- denerwowałam się, stukając pięścią w ścianę, w nadziei, że znajdę jakieś ukryte wejście. Usłyszałam za sobą donośny śmiech.
-Co ty wyprawiasz, kurduplu?- zapytał Kastiel, podchodząc i mierzwiąc mi włosy.
-Sam jesteś kurdupel.- fuknęłam i odwróciłam się w jego stronę.- Szukam sali 14. Wiesz gdzie to jest?- strzepnęłam jego rękę, którą dalej trzymała na moich włosach.
-Może wiem. A co będę miał, jeśli powiem ci, gdzie to jest?- poruszył zabawnie brwiami, ale w tamtym momencie nie było mi do śmiechu. Nie znosiłam się spóźniać.
-Moją dozgonną wdzięczność.- wycedziłam przez zaciśnięte zęby i przywaliłam mu z całej siły łokciem w żebra. W końcu i tak mała szansa, że poczuł cokolwiek, a mnie od razu zrobiło się weselej.
-O ty brutalu!- jęknął teatralnie.
-Popracuj nad grą aktorską.- prychnęłam i znów zaczęłam się rozglądać.
-No już! Nie złość się, łobuzie. Sala 14 jest na dole, na tyłach sali gimnastycznej.- pstryknął mnie w czoło.
-Ałć.- powiedziałam z wyrzutem.
-Jesteśmy kwita.- uśmiechnął się rozbrajająco i popchnął mnie delikatnie.- Leć bo się spóźnisz.
-Martwisz się o moją reputację? Jakie to wzruszające...
-Raczej o życie Lysandra.Wiem co znaczy wkurzona baba w domu...- puścił mi oczko i poszedł w drugą stronę. Nie widząc innego wyjścia, zbiegłam na dół. Kiedy miałam już otwierać drzwi od sali, pojawił się w nich Lys.
-Już miałem iść cię szukać.- uśmiechnęłam się szeroko, widząc jego zdziwioną minę.
-Niepotrzebnie. Pewien uroczy, czerwonowłosy gnom pokazał mi drogę.
-Doprawdy?- uniósł brwi a na jego twarzy pojawił się pobłażliwy uśmiech.- A mówił ci ktoś kiedyś, że za dużo czytasz?
-Mówiłam o Kastielu.- wybąkałam zdezorientowana. Myślałam, że pojmie aluzję...
-Domyśliłem się.- westchnął i zrobił krok w bok, dając mi wejść do klasy. Siedziały tam 3 osoby, z których znałam tylko Iris.
-Joup.- chłopak o zielonych włosach zaplecionych w warkocz znalazł się przede mną. Miał na sobie rozpiętą,czarną, skórzaną kurtkę, ze wzorkiem szachownicy na rękawach, a pod spodem żółto-czerwony podkoszulek z nadrukiem jakiegoś zespołu i zwykłe jeansowe spodnie. Moją uwagę przykuł jednak misternie wykonany kolczyk, przedstawiający smoka.
-Cz-cześć...- wystękałam, zakłopotana. Widząc moją reakcję chłopak odsunął się kawałek, dając mi chwilę na odetchnięcie.- J-jestem Ana. Siostra bliźniaczka Lysandra.
-Rozluźnij się trochę, moja droga.- poradziła mi niebieskooka piękność, poprawiając swoje jasno różowe włosy.- My nie gryziemy. Ja nazywam się Miyuki, a ten niewychowany oszołom to Kuroko.
-Miło mi.- uśmiechnęłam się niepewnie.
-Ana, pomożesz mi z gitarą? Jest na zapleczu.- zaproponowała dobrodusznie Iris. Poszłyśmy tam razem, mimo, że do strojenia potrzebna jest tylko jedna osoba.
-Spokojne. Oni są niegroźni.- uspokoiła mnie.
-Mów za siebie- dobiegł nas podniesiony głos dziewczyny, która przedstawiła się jako Miyuki. Mimowolnie się roześmiałam, co w moim odczuciu już definitywnie rozluźniło atmosferę. Kiedy wzięłam się za instrument do pokoju weszła reszta członków klubu. Pociągałam za struny, co jakiś czas majstrując przy główce.
-Znam tą piosenkę!- ucieszył się Kuroko i zaczął ją śpiewać, chwilę puźniej dołączyła do niego Miyuki, potem Irys, a na końcu nawet Lys. Może nie byliśmy najlepszym zespołem na świecie, jednak fajnie było tak sobie śpiewać przy dźwiękach gitary. Przy ostatniej zwrotce fałszowaliśmy już na wyścigi, pokładając się ze śmiechu.
-Mój boże co tu się dzieje?- wykrzyknął spanikowany pan Borys, wpadając na zaplecze, jak by go gonił sam czart. Widząc, że wszystko jest w jak najlepszym pożądku, a piątka uczniów patrzy na niego jak na wariata troczę się uspokoił i prupował wytłumaczyć, z każdym słowem czerwieniąc coraz bardziej.
-Bo ja... To znaczy... Myślałem, że... No, że kota tu obdzierają ze skóry...- przestępował zażenowany z nogi na nogę.- Przepraszam.- wycofał się tyłem, zostawiając nas oniemiałych.
-Chyba trochę przesadziliśmy...- bąknął Lysander, co nas trochę otrzeźwiło i sprawiło, że wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem.
__________________________________________________________________
KABUM! Śmiech, razem z wnętrznościami naszych bohaterów, rozsypał się po kontach i tak oto zakończyła się nasza historia.
Żartuję, żartuję... Oczywiście będę kontynuować (chociaż to było by całkiem ciekawe zakończenie...)
Do następnego! :*